
Trump tworzy płatną „Radę Pokoju”. Co to znaczy dla Europy?
Prezydent USA Donald Trump ogłosił powołanie tzw. Board of Peace – Rady Pokoju – do zarządzania kryzysami, z akcentem na fazy przejściowe w Strefie Gazy. Kontrowersje budzi model członkostwa: stałe miejsce ma kosztować miliard dolarów, a decyzje mają zapadać większością, ale z kluczową rolą przewodniczącego, czyli samego Trumpa.
Zapowiedź wywołała obawy w Europie, że nowa struktura może podważać rolę ONZ i istniejące ramy prawa międzynarodowego. Wskazuje się na ryzyko tworzenia równoległych, mniej przejrzystych forów decyzyjnych.
Dla Niderlandów i firm działających transatlantycko kluczowe jest przewidywalne otoczenie prawne. W ostatnich tygodniach napięcia w relacjach USA–UE już rosły, a niepewność uderza w inwestycje i łańcuchy dostaw.
Polscy przedsiębiorcy w Holandii obserwują sprawę z niepokojem. Każda eskalacja polityczna między USA a Europą przekłada się na koszty transportu, kursy walut i decyzje klientów po obu stronach Atlantyku.
Eksperci podkreślają, że realny wpływ nowej Rady zależeć będzie od skali udziału państw i od tego, czy decyzje będą respektowane przez partnerów. Udział prominentnych postaci może dodać prestiżu, ale nie zastąpi legitymacji opartej na prawie międzynarodowym.
W tle pozostaje kwestia Gazy i szerszej stabilności regionu. Europa, w tym Holandia, akcentuje konieczność działań zgodnych z prawem humanitarnym i mechanizmami wielostronnymi.
Jeśli inicjatywa ruszy, europejskie stolice będą ważyć koszty reputacyjne i polityczne ewentualnego uczestnictwa. Część obserwatorów spodziewa się, że większość postawi na współpracę w ramach ONZ i UE.
Firmy logistyczne w Beneluksie już dziś przygotowują scenariusze na wypadek turbulencji handlowych. Rezerwy finansowe i dywersyfikacja tras to standard w czasach geopolitycznej niepewności.
Udostępnij artykuł


