top of page

Szlaki morskie pod presją. Rotterdam liczy koszty

Zakłócenia na światowych szlakach morskich wciąż mieszają w łańcuchach dostaw. Omijanie newralgicznych rejonów i ograniczenia przepustowości kanałów sprawiają, że statki płyną dłużej, a przewoźnicy podnoszą stawki frachtu.

Port w Rotterdamie, największy w Europie, odczuwa to bezpośrednio. Więcej dni w drodze oznacza mniej przewidywalne harmonogramy wyładunków i wyższe koszty, które prędzej czy później trafią do cen na półkach.

Dla pracowników magazynów, firm logistycznych i kierowców w Holandii to więcej zmian i przesunięć w grafiku. Polacy w branży często słyszą o „spóźnionych kontenerach” i konieczności przeplanowania okien rozładunku – to efekt globalnych napięć, a nie tylko lokalnego bałaganu.

Eksperci ostrzegają, że jeśli sytuacja przeciągnie się na kolejne kwartały, część firm będzie szukać alternatywnych tras kolejowo-drogowych przez Eurazję lub zwiększy zapasy, by uodpornić się na wstrząsy. To jednak znowu kosztuje i wymaga miejsca.

W praktyce konsumenci w Holandii mogą odczuć skoki cen wybranych towarów, zwłaszcza elektroniki, tekstyliów i produktów sezonowych. Sieci handlowe będą próbowały przerzucić część kosztów na dostawców, ale ostatecznie rachunek i tak bywa wspólny.

Dla wielu mieszkańców brzmi to abstrakcyjnie, ale łańcuch dostaw to domino. Jedna zwłoka na morzu potrafi rozregulować cały tydzień pracy terminalu, a potem dystrybucję do sklepów w Hadze, Utrechcie i Eindhoven.

Udostępnij artykuł

Komentarze

Podziel się swoimi przemyśleniamiNapisz komentarz jako pierwszy.
bottom of page