
Rok po kradzieży w Drents Museum: rachunek i wciąż wiele pytań
Po spektakularnym włamaniu do Drents Museum w Assen straty materialne placówki oszacowano na około 250 tysięcy euro. To koszt naprawy wysadzonych drzwi, zniszczonych gablot i sufitu, ale też sprzątania oraz czasowego zamknięcia części ekspozycji. Skradzione rumuńskie artefakty nadal nie wróciły.
Sprawa ma także finansowy wymiar państwowy: ubezpieczyciel wypłacił wielomilionowe odszkodowanie za utracone dzieła, które Polska publiczność mogła widzieć przy okazji wystaw w Holandii. Jeśli obiekty kiedykolwiek się odnajdą, część środków wróci do budżetu.
Dla odwiedzających to przede wszystkim pytanie: jak poprawić bezpieczeństwo bez zamieniania muzeów w twierdze. Instytucje kultury mówią o lepszych czujnikach, cichszych alarmach i bliższej współpracy z policją. Ważne jest też współdzielenie informacji między muzeami – złodzieje często polują „seryjnie”.
Rodziny z dziećmi i polscy mieszkańcy regionu przyznają, że po tym włamaniu bilet bywa łączony z innymi atrakcjami w Assen, bo część sal była dłużej nieczynna. To lekcja: kradzież dotyka nie tylko zbiorów, ale i rytmu całego miasta.
Wiosną rozpocznie się proces trzech podejrzanych. To moment, który może przynieść odpowiedzi na pytanie, jak planowano ten atak i gdzie trafiły obiekty. Dla muzeum będzie to też szansa na domknięcie trudnego rozdziału.
Jeden rok to długo w świecie sztuki. Ale w sprawach tak zuchwałych nie ma drogich skrótów – jest cierpliwość, procedury i konsekwencja.
Udostępnij artykuł


