
Fatbike w markecie? Sklep mówi: „tu jest miejsce” – miasto: „do czasu”
Coraz częściej w Amsterdamie wjeżdżają do supermarketów… fatbike’i. Szerokie opony, młodzi kierowcy, szybkie zakupy „z siodełka”. Część sklepów przymyka oko, część wydziela specjalne strefy, a reszta prosi: zostawcie rower na zewnątrz. I tak rodzi się nowy miejski zwyczaj, który budzi kontrowersje.
Jak podaje Het Parool, argument sprzedawców brzmi: jest miejsce, nikomu nie przeszkadzamy, to oszczędza czas. Z drugiej strony – bezpieczeństwo, drogi sprzęt między alejkami i klienci z wózkami to mieszanka, która przy większym tłoku może się źle skończyć.
Dla polskich rodzin w Amsterdamie to codzienny dylemat. Z fatbike’iem łatwo podjechać, ale w środku bywa ciasno, a dzieci – choć świetnie czują się jako pasażerowie – nie zawsze widzą, co nadjeżdża zza regału. Wystarczy jeden gwałtowny skręt i stłuczka gotowa.
Miasto sygnalizuje, że regulacje będą zaostrzone – priorytetem jest bezpieczeństwo klientów i personelu. Pojawiają się pomysły, by wyznaczać widoczne strefy parkowania przy wejściach i oznaczać sklepy, które nie wpuszczają rowerów do środka.
W praktyce najlepiej sprawdza się prosta zasada: jeśli jest miejsce i zgoda obsługi, prowadź rower, nie jedź. A tam, gdzie są stojaki „pod kamerą”, nawet drogi fatbike stoi bezpieczniej niż między koszykami w alejce ze słodyczami.
Właściciele przypominają też o ubezpieczeniu. Drobna szkoda w sklepie może okazać się droższa od oszczędzonych dwóch minut, a mandat – skutecznym hamulcem zbyt odważnej jazdy między półkami.
Udostępnij artykuł


