
Amsterdam chce się uniezależnić od big tech
Amsterdam coraz wyraźniej mówi o tym, że nie chce być zakładnikiem wielkich firm technologicznych i zagranicznych decyzji politycznych. Chodzi przede wszystkim o usługi chmurowe, przechowywanie danych i to, kto w praktyce ma kontrolę nad cyfrowym kręgosłupem miasta.
Dla wielu Polaków w Holandii to może brzmieć abstrakcyjnie, ale dotyczy codzienności: e-usług w urzędzie, zapisów do szkół, miejskich portali mieszkaniowych, a nawet systemów zarządzania ruchem czy bezpieczeństwem. Jeśli dostawca ma awarię albo nagle zmienia warunki, skutki odczuwa zwykły mieszkaniec.
W tle są też obawy geopolityczne. Samorząd zwraca uwagę, że sankcje czy konflikty handlowe mogą w przyszłości utrudnić dostęp do technologii albo danych, nawet jeśli problem zaczyna się daleko od Holandii.
Próba „odchmurzania” się od big tech nie jest jednak prosta ani tania. Migracja danych, nowe umowy, szkolenia dla urzędników i utrzymanie własnych rozwiązań to koszty, które w końcu mogą odbić się na budżecie miasta.
Jednocześnie to impuls dla europejskich firm i projektów open source. Jeśli Amsterdam będzie konsekwentny, może to wzmocnić cały rynek usług IT w UE i dać pracę lokalnym specjalistom – także tym z polskimi korzeniami, których w branży w NL nie brakuje.
W najbliższym czasie kluczowe będą szczegóły: które systemy miasto przeniesie jako pierwsze, czy powstaną wspólne standardy z innymi gminami i jak zostanie rozwiązana kwestia bezpieczeństwa. Bo cyfrowa niezależność brzmi dobrze, ale nie może oznaczać gorszej jakości usług.
Udostępnij artykuł


