
Zakaz coffeeshopów dla turystów wraca w Amsterdamie
W Amsterdamie znów mówi się głośno o ograniczeniu wstępu do coffeeshopów dla zagranicznych turystów. Zwolennicy zakazu przekonują, że miasto zyska spokój w centrum, a ulice zyskają oddech. Przeciwnicy ostrzegają przed skutkami ubocznymi: więcej dilerów na chodnikach i uderzenie w legalny biznes.
Dla Polaków mieszkających w Holandii kluczowe jest jedno: mowa o turystach bez stałego pobytu. Jeśli masz meldunek (BRP) i holenderski dokument, teoretycznie nie powinieneś zostać objęty restrykcją. W praktyce oznacza to częstsze kontrole dowodów w lokalach i kolejki przy wejściu.
Amsterdam już wielokrotnie rozważał takie posunięcie; podobny system obowiązywał kiedyś m.in. w Maastricht. Tam spadł ruch w coffeeshopach, ale część obrotu przeniosła się do podziemia. Eksperci zwracają uwagę, że bez równoległej walki z handlem ulicznym i jasnych zasad egzekwowania przepisów efekt może być połowiczny.
Miasto argumentuje, że zamierza przede wszystkim przywrócić normalność w zatłoczonych dzielnicach turystycznych. Mieszkańcy od lat skarżą się na hałas, śmieci i turystów na tzw. weed-tourach. Z kolei przedsiębiorcy przestrzegają: restrykcje uderzą w pracowników i wpływy z podatków.
Jeśli radni pójdą dalej, realnych zmian można spodziewać się dopiero po uzgodnieniu zasad z policją i prokuraturą. Niewykluczone są wyjątki, a nawet pilotaż w najbardziej obciążonych dzielnicach. Dla polskich rodzin odwiedzanych przez gości z kraju oznacza to jedno – planując weekend w Amsterdamie, weźcie pod uwagę, że „wejście jak kiedyś” może już nie zadziałać.
W tle wisi jeszcze pytanie o turystykę. Czy odwiedzający przerzucą się na muzea i rejsy po kanałach, czy jednak dojdzie do „efektu Maastricht” i powrotu ulicznego handlu? Zadecydują szczegóły przepisów i determinacja służb.
Deel artikel


