
Japonia kocha turystów, ogranicza migrantów. Dylemat starzejącej się potęgi
Japonia śrubuje rekordy turystyki i jednocześnie zaostrza kurs wobec migracji. Kraj, w którym co trzecia osoba ma ponad 65 lat, potrzebuje rąk do pracy, ale woli otwierać drzwi dla milionów gości niż dla pracowników z zagranicy. Jak opisuje NOS, w 2024 roku przyjechało tam 42 mln turystów, a w 2030 ambicją jest aż 60 mln.
Równolegle rosną koszty wiz i deportacji, a ton kampanii politycznych zaostrza nastroje wobec cudzoziemców. To miks ekonomii, demografii i emocji. Japonia korzysta z pieniędzy odwiedzających, ale ma opory, by powierzyć im stałą rolę w gospodarce.
Co to znaczy z holenderskiej perspektywy? Po pierwsze, większy nacisk na zorganizowany ruch turystyczny i partnerstwa lotnicze – Holandia zarabia na tranzycie i destynacjach dalekiego zasięgu. Po drugie, polscy specjaliści pracujący w NL i interesujący się kontraktami w Azji muszą liczyć się z trudniejszym dostępem do japońskich wiz i ostrzejszymi wymogami.
Branże technologiczne i medyczne widzą w Japonii rynek, który jest chłonny, ale formalny. W praktyce to więcej miejsca dla krótkich misji handlowych, pilotaży i partnerstw B2B, a mniej dla klasycznej migracji zarobkowej. Kto planuje relokację, powinien rozważyć ścieżki korporacyjne lub programy wymian, a nie solo-podejście.
Dla turystów – w tym Polaków z Holandii, którzy po pandemii wrócili do dalekich kierunków – kraj Kwitnącej Wiśni pozostaje przyjazny. Ale wraz z popularnością przychodzą kolejki, wyższe ceny i miejscowe napięcia wokół „overtourismu”. Warto planować z wyprzedzeniem i szanować lokalne zasady, bo o cierpliwość Japonia ostatnio szczególnie dba.
Deel artikel


