
Brytyjczycy chronią podmorskie kable. Internet Europy pod lupą
W brytyjskich wodach trwa nowa, mniej widowiskowa, a bardzo ważna rozgrywka: wojskowa operacja, która ma chronić gęstą sieć kabli i rurociągów pod dnem morza. Londyn stawia na drony podwodne, satelity i klasyczne patrole, by zniechęcić obce jednostki do „mapowania” infrastruktury krytycznej. Powód jest prosty: bez tych linii nie ma internetu, prądu ani wymiany danych między kontynentami.
Dla mieszkańców Holandii – także Polaków pracujących zdalnie, prowadzących firmy czy po prostu łączących się codziennie z rodziną w Polsce – brzmi to jak odległa historia, ale skutki awarii byłyby odczuwalne natychmiast. Kable między USA a Europą zbiegają się w rejonie brytyjskich wód, a dalej łączą się z holenderskimi węzłami. Krótko mówiąc: gdyby coś poszło nie tak na Atlantyku czy Morzu Północnym, odczujemy to w Amsterdamie, Hadze czy Almere.
Eksperci podkreślają, że „chmura” nie unosi się w powietrzu – biegnie w szklanych włóknach pod wodą. Zabezpieczenie tak ogromnego obszaru nie jest proste, dlatego Brytyjczycy chcą zbudować system wczesnego ostrzegania złożony z sensorów i autonomicznych pojazdów. Chodzi o to, by nie tylko reagować, ale i wiedzieć wcześniej, gdzie może pojawić się ryzyko.
Holandia również jest wrażliwa: mamy wymianę energii ze Skandynawią i Wielką Brytanią oraz centra danych o znaczeniu europejskim. Uderzenie w kable byłoby jak wyjęcie bezpiecznika z całej sieci. W praktyce oznacza to możliwe przerwy w pracy banków, logistyce czy płatnościach – a to uderza i w pracodawców, i w pracowników.
W Brukseli narasta przekonanie, że Unia powinna wspólnie sfinansować monitoring i szybkie naprawy podmorskiej infrastruktury. Jeśli europejskie stolice zsynchronizują działania, koszt będzie niższy, a bezpieczeństwo większe. Z punktu widzenia zwykłego użytkownika internetu to może być najmniej widoczna, a najważniejsza inwestycja tej dekady.
Deel artikel


