
Bruksela stawia na „made in Europe”. Co to znaczy dla pracy i cen
Komisja Europejska chce, by w przetargach publicznych obowiązkowo preferować produkty wytworzone w Europie – zwłaszcza w sektorach strategicznych jak elektromobilność, zielone technologie czy ciężki przemysł. Celem jest wzmocnienie własnej bazy przemysłowej i odpowiedź na zalew taniego importu.
Plan przewiduje, że samochody elektryczne kupowane za publiczne pieniądze będą montowane w UE, a część komponentów także musi pochodzić z Unii. Podobne wymogi mają dotyczyć m.in. paneli fotowoltaicznych, turbin wiatrowych, cementu i aluminium.
Jeśli produkty będą zbyt drogie, wymóg może zostać zawieszony – to bezpiecznik dla budżetów miast i regionów. Branża stalowa ma z kolei docisnąć „zielone” technologie, nawet jeśli sam metal nie dostanie pełnej etykiety „EU only”.
Dla Polaków pracujących w holenderskich fabrykach, firmach logistycznych i u instalatorów OZE to realna szansa na stabilniejsze zlecenia i nowe miejsca pracy. Jednocześnie część zamówień publicznych może chwilowo podrożeć, co przełoży się na tempo inwestycji w gminach.
Wiele będzie zależało od detali: okresów przejściowych, wyjątków dla krajów z umowami handlowymi czy tego, jak ściśle urzędy będą weryfikować „pochodzenie” komponentów. W tle trwa też wyścig o kompetencje – bez szkolenia ludzi żaden plan nie ruszy.
Jeśli propozycja przejdzie przez Parlament i państwa członkowskie, czeka nas zwrot od „najtańsze z katalogu” do „opłacalne, ale nasze”. To zmiana filozofii, nie tylko cennika.
Deel artikel


