
Berlin bez aut? Pomysł referendum wywraca kampanię
W stolicy Niemiec nabiera rozpędu jeden z najodważniejszych planów transportowych w Europie: niemal całkowite ograniczenie ruchu aut w obrębie ringbahn. Aktywiści kończą zbiórkę podpisów pod referendum, a ulice zalewają plakaty „za” i „przeciw”.
Założenie jest proste i radykalne zarazem: mieszkańcy mogliby wjechać autem do strefy tylko przez 12 dni w roku. Wyjątki dotyczą m.in. osób z niepełnosprawnościami, taksówek, służb i dostaw. Reszta – rower, transport publiczny albo spacer.
Zwolennicy mówią o czystszym powietrzu, mniejszym hałasie i bezpieczniejszych ulicach dla dzieci. Przeciwnicy straszą korkami na obwodnicy, odpływem biznesu i gorszym dostępem do sklepów. Niemieckie partie prawicowe pachną politycznym paliwem: „nikt wam nie zabierze aut” – to hasło, które dobrze się niesie w kampanii.
Jeśli Berlin przegłosuje eksperyment, cały region będzie patrzył. Holandia od lat ogranicza ruch aut w centrach i rozszerza strefy 30 km/h, ale berliński model „12 dni” to skok o poziom wyżej. Może stać się laboratorium, z którego skorzystają Amsterdam, Rotterdam czy Utrecht.
Dla wielu Polaków w Holandii Berlin to częsty cel weekendowych wypadów. Nowe zasady – jeśli wejdą – oznaczają więcej pociągów i carsharingu, mniej wjazdów „na szybko” pod hotel. A dla biznesu – inne planowanie dostaw i większy nacisk na logistykę rowerową.
To już nie spór o „parę pasów dla rowerów”. To pytanie o to, komu naprawdę służy ulica i ile jesteśmy w stanie oddać samochodowi miejsca w miastach. Berlin wymyśla własną odpowiedź, a reszta kontynentu patrzy uważnie.
Jeśli uda się doprowadzić do referendum, Niemcy dostaną realny test „miasta po samochodzie”. Wynik będzie lekcją dla całej Europy – od Paryża po Poznań.
Brzmi radykalnie? Jeszcze kilka lat temu strefy 30 km/h też wydawały się fantazją. A dziś są codziennością.
Deel artikel


