
53 lata przy Parnassusweg: jak zmieniła się ulica
Hélène mieszka przy Parnassusweg od 53 lat. Dla niej to nie jest tylko adres, ale kronika zmian Amsterdamu: od czasów, gdy pod ręką były rzeźnik i rybak, do epoki, w której królują sieciówki i kawiarniane klony.
Takie historie znają też polscy mieszkańcy: łatwość zakupów wyparła lokalność, a czynsze podyktowane przez rynek sprawiły, że małe rodzinne sklepy stały się rzadkością. Nostalgia miesza się z wygodą – bo łańcuchy mają długie godziny otwarcia i promocje, ale tracimy część sąsiedzkiego kolorytu.
Urbanistycznie to efekt rosnącej wartości gruntów i presji na „efektywne” partery usługowe. Deweloperzy wolą wynająć duże metraże stabilnym markom niż ryzykować z rzemieślnikami, którzy liczą każdy dzień sprzedaży.
Miasto niby próbuje ratować różnorodność – przepisami o sklepach dla turystów w centrum, drobnymi grantami czy preferencjami dla funkcji społecznych. W praktyce granice regulacji szybko widać: czynsze rynkowe i oczekiwana stopa zwrotu robią swoje.
Dla mieszkańców to zagwozdka: co cenimy bardziej – całodobową dostępność czy spotkanie ze sprzedawcą, który zna nasz gust? Polacy, którzy osiedlili się tu w ostatnich latach, często mówią, że tęsknią za „osiedlowym” klimatem z rodzinnych miast, ale doceniają holenderską wygodę.
Hélène nie ma prostych recept. Mówi tylko, że miasto to nie tylko fasady i metraże, ale ludzie, którzy tworzą rytm ulicy. A tego rytmu nie da się zaprogramować tabelką w Excelu.
Udostępnij artykuł


