top of page

Pożar w kurorcie Crans-Montana: już 41 ofiar

Liczba ofiar pożaru w barze w szwajcarskim Crans-Montana wzrosła do 41. Zmarł 18-latek, który był ciężko ranny od nocy sylwestrowej, kiedy ogień pojawił się w lokalu w piwnicy i bardzo szybko rozprzestrzenił się po suficie.

Z pierwszych ustaleń wynika, że do zapłonu mogły przyczynić się tzw. „zimne ognie” trzymane zbyt blisko sufitu. W budynku miał być tylko jeden realny wyjściowy kierunek ewakuacji, co przy dużym tłumie okazało się zabójcze w skutkach. Ponad sto osób zostało rannych, wiele z nich bardzo poważnie.

To zdarzenie odbija się szerokim echem także wśród ludzi mieszkających w Holandii, bo zimą sporo rodzin i grup znajomych z NL jedzie w Alpy na narty. Dla wielu Polaków pracujących w logistyce czy usługach w Holandii taki wyjazd to jedna z nielicznych większych przyjemności w roku, a temat bezpieczeństwa w miejscach rozrywki zwykle schodzi na dalszy plan.

Pożar pokazuje, jak szybko „imprezowe” dodatki mogą stać się zagrożeniem, jeśli budynek jest źle przystosowany, a kontrola bezpieczeństwa kuleje. W Crans-Montana pojawiają się pytania o to, dlaczego przez lata miało nie dochodzić do regularnych kontroli oraz czy materiały użyte do wygłuszenia były dopuszczone.

W praktyce oznacza to jedno: w zatłoczonych klubach i barach warto mieć odruch sprawdzania, gdzie jest wyjście awaryjne, czy drzwi nie są „dekoracyjnie” zastawione i czy obsługa nie ignoruje drobnych sygnałów. Brzmi banalnie, ale w krytycznym momencie taka wiedza skraca czas reakcji.

To także kolejny sygnał dla branży eventowej w Europie, że oszczędzanie na bezpieczeństwie kończy się nie tylko tragedią, ale też długimi śledztwami i ogromnymi kosztami odszkodowań. A wtedy płacą nie tylko właściciele lokali – pośrednio płacą też klienci, bo rosną ceny, ubezpieczenia i wymagania organizacyjne.

Udostępnij artykuł

Komentarze

Podziel się swoimi przemyśleniamiNapisz komentarz jako pierwszy.
bottom of page