top of page

Firmy w Holandii podłączają diesle do zielonej przyszłości. Absurd? Niestety codzienność

Holenderska sieć energetyczna pęka w szwach, a tysiące przedsiębiorstw czekają w kolejce na mocniejsze przyłącza. Coraz więcej z nich stawia więc na… agregaty dieslowskie. Brzmi jak krok wstecz wobec zielonych ambicji, ale dla biznesu to czasem jedyny sposób, by nie zatrzymać budowy czy produkcji.

Na placach budowy widać to najlepiej: nowe hale, magazyny, linie montażowe, a obok – kontener z ryczącym generatorem i baniaki z paliwem. Koszty? Niemałe. Emisje? Znaczne. Alternatywa? Czekać miesiące lub lata na rozbudowę sieci, która ślamazarnie posuwa się do przodu z powodu pozwoleń, protestów i braków kadrowych.

Polskie firmy budowlane, logistyczne czy produkcyjne w Holandii również odbijają się od tego sufitu. Przestój to strata kontraktów, więc niektórzy wybierają „przejściówkę” na dieslu. To prowizorka, ale ratuje terminy – i nerwy. Jednocześnie rosną koszty operacyjne, co finalnie odbija się w cenach usług.

Eksperci podpowiadają, by równolegle szukać mądrzejszych rozwiązań: magazynów energii na miejscu, umów z agregatorami elastyczności, instalacji PV z dynamicznym sterowaniem czy współdzielenia mocy w parkach przemysłowych. To może nie zlikwiduje problemu, ale ograniczy czas „na ropie”.

Realistyczny horyzont ulgi? Sieciowcy mówią nawet o dekadzie intensywnej rozbudowy. To dużo, ale pierwsze lokalne odblokowania pojawiają się co rok. Kto dziś inwestuje w efektywność i elastyczność, jutro wyjdzie z kryzysu mocniejszy – i mniej uzależniony od paliwa, które nie pasuje do 2026 roku.

Na końcu i tak liczy się prosty rachunek: prąd, który dojedzie, jest zawsze tańszy i czystszy od diesla. Do tego celu prowadzi jednak długi, często błotnisty objazd. I właśnie nim jedzie obecnie spora część holenderskiej gospodarki.

Udostępnij artykuł

Komentarze

Podziel się swoimi przemyśleniamiNapisz komentarz jako pierwszy.
bottom of page