
Transport w Holandii dławią koszty. Firmy biją na alarm
Rosnące ceny diesla, nowe opłaty drogowe i coraz ostrzejsza konkurencja z zagranicy – przewoźnicy w Holandii jadą dziś na bardzo krótkim biegu. W branży częściej niż kiedyś słychać słowo „bankructwo”, a rosnące zatory płatnicze sprawiają, że firmy transportowe zaczynają pełnić rolę… banku dla swoich klientów.
W praktyce oznacza to większą presję na marże i konieczność dokładania do kursów, by utrzymać kontrakty. Polskie firmy działające w NL oraz kierowcy z polskimi korzeniami odczuwają to natychmiast: od mniejszych dodatków paliwowych po bardziej wyśrubowane normy czasu pracy i większą papierologię.
Nowe myto dla ciężarówek i kolejne etapy zielonej transformacji floty dokładają swoje. Niby każdy rozumie, po co są te regulacje, ale w codzienności przewoźnika to proste równanie: wyższe koszty stałe plus niepewne stawki frachtu równa się cienka linia między zyskiem a stratą.
Wielu właścicieli firm mówi dziś wprost, że stali się „darmową linią kredytową” dla zleceniodawców, którzy płacą po 60 czy 90 dniach. Dla mniejszych przedsiębiorców – także polskich jednoosobowych działalności – to realne ryzyko utraty płynności.
Efekt dla konsumentów? Dostawy bywają mniej przewidywalne, a ceny towarów uwzględniają coraz częściej dopłaty paliwowe. Dla pracowników – ostrożniejsze planowanie grafików i rzadsze premie, bo każda nieprzewidziana naprawa czy mandat potrafi wywrócić budżet do góry nogami.
Eksperci doradzają dziś pragmatyzm: renegocjowanie stawek z klauzulą paliwową, wspólne zakupy paliwa w grupach zakupowych i inwestycje w telematykę, która wyciska z każdej trasy parę procent efektywności. Paradoksalnie to te „drobiazgi” decydują, czy firma dotrwa do kolejnego kwartału.
Branża apeluje jednocześnie o krótsze terminy płatności i spójność przepisów. Bo jeśli przewoźnicy zostaną zepchnięci do roli bankierów, to ciężarówki kiedyś naprawdę staną – a wtedy wszyscy, od polskich sklepów po holenderskie magazyny, poczują, jak szybko gospodarka traci rytm.
Share article


