
Mainline znika z Amsterdamu. Luka w pomocy?
Fundacja Mainline, znana w Amsterdamie z pracy z osobami używającymi narkotyków, kończy działalność. Dla wielu to instytucja, która była „uszami i oczami ulicy” – rozmawiała, ostrzegała, kierowała do leczenia, a nade wszystko obniżała ryzyko. Gdy taki łącznik znika, w mieście zostaje cisza – i więcej niewiadomych.
W praktyce oznacza to mniej zaufanych punktów kontaktu dla użytkowników, mniej informacji o nowych, groźnych substancjach w obiegu i trudniejszą drogę od kryzysu do terapii. Wysiłek służb zdrowia i pomocy społecznej może się przez to rozproszyć, bo właśnie streetworkerzy najczęściej wyłapywali najpilniejsze przypadki.
Dla polskiej społeczności w Holandii to nie jest abstrakcja. Polacy pracujący w ciężkich warunkach – budowlanka, magazyny, gastronomia – bywają podatni na uzależnienia i rzadziej zgłaszają się po wsparcie, bo barierą jest język lub wstyd. Dotąd to właśnie takie organizacje jak Mainline łagodziły ten dystans.
Eksperci zwracają uwagę, że brak stałej obecności na ulicy może szybko przełożyć się na wzrost przedawkowań lub zakażeń, których dało się uniknąć. To scenariusz znany z innych europejskich miast: jeśli znikają programy redukcji szkód, koszty społeczne i zdrowotne rosną niemal od razu.
Miasto ma teraz dwa wyzwania. Pierwsze: nie stracić kontaktu z ludźmi, którzy żyją poza radarem instytucji. Drugie: nie budować od nowa koła – skorzystać z doświadczeń, procedur i relacji, które przez lata wypracowali streetworkerzy. Bo w takiej pracy najcenniejsze jest zaufanie, a to powstaje tylko twarzą w twarz.
Dla polskich rodzin w Amsterdamie i okolicach praktyczny wniosek jest prosty: jeśli widzicie, że ktoś z waszych bliskich potrzebuje pomocy, nie czekajcie, aż zrobi się dramat. Warto od razu szukać kontaktu do miejskich punktów wsparcia – nawet jeśli Mainline już nie podniesie słuchawki, inne drzwi wciąż są otwarte.
Share article


