
Dłuższe trasy statków podbijają koszty frachtu do Europy
Armatorzy coraz częściej wydłużają trasy, omijając newralgiczne odcinki i wąskie gardła światowej żeglugi. Zmiany wynikają z ryzyka zatorów, ograniczeń przepustowości i niekorzystnych warunków pogodowych. Efekt to dłuższe czasy tranzytu i większe zużycie paliwa, którego cena również bywa zmienna.
Według danych przytaczanych przez Reuters koszty przewozu kontenerów pozostają pod presją, a część tras notuje wyższe stawki niż jeszcze kilka kwartałów temu. Ubezpieczyciele doliczają dodatkowe składki za ryzykowne akweny, a armatorzy korygują rozkłady zawinięć. To sprawia, że harmonogramy dostaw do europejskich portów stają się trudniejsze do zaplanowania.
Dla importerów w całej Europie oznacza to większą ostrożność w zamawianiu towarów i wyższe buforowanie zapasów. Ryzyko opóźnień przekłada się na koszty magazynowania i finansowania, które w końcu doliczane są do ceny detalicznej. Choć nie każda podwyżka dociera do konsumenta, presja kosztowa w łańcuchu dostaw jest wyraźna.
Porty i terminale wdrażają rozwiązania mające zwiększyć elastyczność przeładunków. Przesunięcia slotów i dodatkowe zmiany w harmonogramach wymagają sprawnej współpracy ze spedytorami i koleją. Każdy dzień opóźnienia to domino decyzji logistycznych, które odbija się na sklepach i fabrykach.
Eksperci podkreślają, że najbliższe miesiące upłyną pod znakiem szukania równowagi między kosztami a niezawodnością. Część firm wybiera droższe, ale stabilniejsze trasy, by utrzymać płynność produkcji. Inne testują alternatywne kierunki i dywersyfikują dostawców, by zmniejszyć ryzyko szoków.
Na poziomie konsumenta zmiany widać dopiero, gdy kończą się zapasy zamawiane w spokojniejszym okresie. Wtedy ceny produktów importowanych mogą być korygowane, a niektóre serie towarów – ograniczane. Handlowcy liczą, że poprawa sytuacji na morzach pozwoli wrócić do bardziej przewidywalnych dostaw.
Udostępnij artykuł


