
Burmistrz częściej zamyka mieszkania po eksplozjach. Co to znaczy dla lokatorów
Holenderscy burmistrzowie coraz częściej korzystają z rozszerzonych uprawnień do natychmiastowego zamykania mieszkań po eksplozjach czy strzelaninach. Jak pisze NOS, powołując się na analizę Trouw, liczba takich decyzji w ostatnich latach potroiła się – w 2024 roku w Rotterdamie zaplombowano 70 lokali, w Amsterdamie 26.
W teorii chodzi o szybkie przywrócenie porządku i bezpieczeństwa w okolicy. W praktyce to często dramat dla niewinnych lokatorów – także im grozi utrata dachu nad głową, bo właściciele mogą rozwiązać umowę, gdy lokal zostaje administracyjnie zamknięty.
Adwokaci ostrzegają, że decyzje bywają podejmowane na podstawie wstępnych notatek policyjnych, zanim śledztwo ustali, czy doszło do „pomyłki adresowej” albo czy ofiara nie ma nic wspólnego z przestępstwem. To otwiera drogę do odwołań, ale te trwają, a życie nie czeka.
Dla polskich najemców w dużych miastach wniosek jest prosty: zabezpieczajcie korespondencję z właścicielem, trzymajcie kopie umowy i polis, a w razie decyzji o zamknięciu jak najszybciej kontaktujcie się z prawnikiem lub miejskim punktem porad. Czas reakcji potrafi zdecydować o tym, czy zostaniecie bezdomni.
Samorządy bronią się, że działają, gdy jest bezpośrednie zagrożenie i że szybka pieczęć na drzwiach bywa jedyną dźwignią, by przerwać spiralę odwetu. Pytanie, czy równolegle da się lepiej chronić „postronnych” – tu kuleje system mieszkań zastępczych.
Jeśli mieszkanie w okolicy było celem eksplozji, warto zgłaszać każdą podejrzaną aktywność i naciskać na dodatkowe patrole. Mieszkańcy nie muszą wybierać między bezpieczeństwem a prawem do własnych czterech kątów – państwo powinno umieć dostarczyć jedno i drugie.
Share article


