
Bez pszczół nie ma plonów. UE chce odwrócić trend
Pszczoły i bzygi znikają z Europy w zastraszającym tempie, a Bruksela postawiła twardy cel: do 2030 roku kraje UE mają zatrzymać spadek ich populacji. Naukowcy nazywają potrzebne działania „drakońskimi”, ale to może być jedyny sposób, by uratować zapylacze, bez których rolnictwo i miejskie ogrody zwyczajnie nie działają.
Dla wielu mieszkańców Holandii brzmi to abstrakcyjnie, ale skutki są bardzo konkretne. Mniej pszczół to droższe owoce, słabsze zbiory warzyw i uboższa przyroda. Polacy pracujący w ogrodnictwie pod Aalsmeer czy Westland widzą to na co dzień: rośliny trudniej „pociągnąć” do plonu, a ryzyko wahań cen rośnie.
Eksperci wskazują, że kluczowe będą: ograniczenie pestycydów szkodliwych dla owadów, odtwarzanie dzikich miedz i pasów kwietnych oraz bardziej „przyjazne łąkom” koszenie terenów publicznych. W praktyce oznacza to inne planowanie zieleni w gminach i realne pieniądze na renaturyzację.
W holenderskich miastach już widać zmianę. Amsterdam i Utrecht wysiewają łąki w pasach drogowych, a niektóre gminy odkładają koszenie trawników, by pozwolić roślinom zakwitnąć. To małe kroki, ale w skali kraju potrafią zrobić różnicę.
Polscy działkowcy i miłośnicy miodu w NL także mogą dołożyć cegiełkę: sadzić lawendę, szałwię, budleje, zostawiać kawałek „dzikiej” trawy i unikać środków owadobójczych w sezonie lotu pszczół. To proste rzeczy, które w tłumie robią wielki efekt.
Bez politycznej odwagi same łąki nie wystarczą. Rolnicy potrzebują przewidywalnych zasad, wsparcia finansowego i rynku, który premiuje ekologiczną uprawę. Jeżeli UE i rządy krajowe nie dorzucą konkretnych zachęt, cel na 2030 rok pozostanie na papierze.
Jedno jest pewne: zapylacze to infrastruktura krytyczna przyrody. A bez przyrody nie ma stabilnej gospodarki żywnościowej – także w Holandii, gdzie tysiące Polaków pracują w sektorach bezpośrednio od niej zależnych.
Share article


