
Amsterdam bez referendum w sprawie bojkotu Izraela? Komisja mówi: nie
W Amsterdamie rozgorzała debata, czy mieszkańcy powinni głosować w referendum nad miejskim bojkotem izraelskich instytucji. Doradcza komisja ds. referendów jasno radzi: nie organizować głosowania. Powód? Spór wykracza poza kompetencje samorządu, a sama treść inicjatywy prawdopodobnie zderzy się z krajowymi i unijnymi zasadami zamówień publicznych oraz równego traktowania.
Komisja zwraca uwagę, że referendum nie rozwiąże konfliktu, a może spolaryzować miasto. W praktyce oznacza to, że ratusz zyska polityczną podkładkę, by powiedzieć „nie” próbie wpisania geopolityki w przetargi i współprace kulturalne. Zwłaszcza że ewentualne uchwały bojkotu i tak łatwo podważyć przed sądem.
W tle jest bardzo amsterdamska wrażliwość: miasto chce być przestrzenią wolnej debaty i bezpieczeństwa dla wszystkich społeczności. Głosowanie w tak zapalnej sprawie mogłoby uderzyć zarówno w Żydów, jak i w społeczność propalestyńską, wzmagając tylko wzajemną podejrzliwość.
Dla wielu Polaków mieszkających w Amsterdamie brzmi to abstrakcyjnie, ale skutek byłby bardzo realny: szkoły, uczelnie, biblioteki czy teatry musiałyby lawirować między prawem a oczekiwaniami aktywistów. To przepis na chaos, a nie na klarowną politykę.
Miasto już wcześniej sprawdzało, gdzie leżą granice „etycznych zakupów”. Wnioski były podobne: ostrożność. Dostawcy i partnerzy są oceniani według prawa, a nie według globalnej mapy sojuszy i wrogów.
Jeśli magistrat pójdzie za radą i referendum nie ogłosi, emocje nie znikną. Ale dyskusja przeniesie się tam, gdzie powinna – do radnych i do jasnych, wykonalnych reguł. Od tego zależy, czy Amsterdam nie utknie w prawnych mieliznach.
I choć w mediach społecznościowych kipią hasła, ratusz ma tu zadanie banalne i trudne zarazem: studzić nastroje i pilnować, by miejska polityka mieściła się w granicach prawa. W przeciwnym razie stawką będą nie tylko relacje społeczne, ale i portfele podatników.
Share article


